Siedziby wrogów - Ail i Ann
Zmarzliście na biegunie, co? Przecież ostrzegałem!;) Nie ostrzegałem? No może:) Teraz jakieś cieplejsze i bardziej swojskie (swojskie? raptem druga połowa świata;) otoczenie Tokio, a konkretnie pewnego apartamentowca zamieszkanego przez dwóch lekko zielonych kosmitów i fioletowe drzewo. A może na odwrót?
Wejście w porównaniu z biegunem to była pestka. Właścicielom domu wysłałem zaproszenie do kina na film "Masakra kosmitów 3". Dobermany skusiły się na kiełbasę, wilczur pogonił kota, a alarmy dało się unieszkodliwić. Wreszcie po otworzeniu ostatniej kłódki, drzwi sanktuarium stanęły przede mną otworem. I pewnie myślicie, że teraz zacznę wyliczać laserowe młynki do kawy, antygrawitacyjne kanapy, czy chociażby ściany z
biomasy? Niestety... jedyną osobliwą rzeczą był jakiś czajniczek do parzenia kawy, o bliżej niesprecyzowanym działaniu. Reszta żenująco zwyczajna. Co to za kosmici u licha?
Na pierwszą ofiarę wybrałem kuchnię. Kompletny brak oryginalności, aż żeby bolą. Niebieskie ściany, czerwone kuchenne szafki, jakieś filiżanki... nic, żadnych ukrytych pomieszczeń do eksperymentów, gablot z szkieletami, ani chociażby rakietowego chlebaka... Potem przekradłem się do salonu. Niemalże to samo. Zielona błyszcząca podłoga po opukaniu nie wykazała żadnych pustych przestrzeni, w sprężynach żółtych kanap nie znalazłem ukrytej broni. Poruszyłem wszystkie książki umieszczone w łukowatej biblioteczce z nadzieją, że otworzę jakieś tajne przejście i kicha. Ale ja się łatwo nie poddaję, więc opukałem jeszcze lampkę z żółtym abażurem, podniosłem dywan w poszukiwaniu klapy w podłodze, przetrząsnąłem szafki, nawet obmacałem stół w poszukiwaniu ukrytych przycisków. Kurcze pieczone, nic! Jedynymi wyróżniającymi się rzeczami były różnokolorowe ściany wyglądające jakby malarz był na jakimś haju oraz telewizor wysokiej rozdzielczości wmontowany w ścianę. Promienie rentgena jednak nic za nim nie wykazały.
Co ciekawe, nigdzie nie znalazłem łazienki. Chociaż dyskretny wywiad wśród sąsiadów wykazał, że o różnych porach dnia nad ich piętrem pada złoty deszcz. Ciekawe... Chyłkiem przemknąłem do sypialni. Sadząc po znalezionych stringach, biustonoszach i halkach domyśliłem, się, że to raczej pokój kobiecy. Choć licho wie, jak się kosmici ubierają? O dziwo kolor ścian był jednolicie żółty (malarzowi się haszysz skończył?), a mebelki były dosyć awangardowe. Tylko stolik był obrzydliwie wręcz różowy... Poza tym łóżko wyglądało jak kozetka u bardzo drogiego psychiatry. Po zapachach dochodzących z drugiego pokoju bałem się zajrzeć do środka.
Już miałem wychodzić, kiedy mój wzrok wyłapał jeszcze jedne drzwi ukryte za firanką. Pomyślałem, że wreszcie trafię na gablotę z trofeami, ale jedyne, co znalazłem, to jakaś horrendalnie wielka sala, której obecność jest fizycznie niemożliwa, z wściekłym chwastem maltretującym jakieś indyjskie bóstwo o 4 twarzach. Drzewko próbowało zaprosić mnie do zabawy, ale sekator i piła motorowa nauczyło je moresu. Po tym zwiedzaniu włączył mi się komunikator zawiadamiający, że wilczur wreszcie dorwał kota, więc musiałem się niestety wycofać...